Oddajcie nam nasze mleko!
Bardzo spodobał mi się pomysł PSL, by na różnorakich rzeczach do jedzenia umieszczać informację o “cenie sugerowanej”. Byłaby to oczywiście cena niezobowiązująca, ale mająca uzmysłowić klientowi, więc także mnie, ile kosztowało wyprodukowanie towaru, a ile za niego woła sobie właściciel sklepu. Ostatecznie jeśli na każdej paczce papierosów mogą być ostrzeżenia przed ich zgubnym wpływem na zdrowie, czemuż na przykład na mleku nie mogłaby być wiadomość ile dostał za litr sam rolnik-producent? Wszak nigdy nie dość wiedzy.
Po co byłaby mi ta wiedza? A dla lepszego samopoczucia. Każdy przecież woli mieć jakąś tam gwarancję, że nie jest frajerem dającym się łatwo nabijać w butelkę.
A skutkiem peeselowskiego pomysłu były między innymi publikacje, z których wynikało, że może i rzeczywiście jesteśmy zbiorowo robieni na szaro? Dowiedziałem się choćby, że rolnik-producent mleka dostaje za litr 80 groszy, zaś ten sam litr może w sklepie kosztować nawet dwa i pół złotego. Co magicznego dzieje się między krowim wymieniem a półką w supermarkecie? Oczywiście: są koszty transportu, magazynowania, opakowań, koszty pracy ludzi w sklepach etc., ale czy gdzieś w tym łańcuszku ktoś, mówiąc kolokwialnie, nie przegina? Podobnie jest z wiśniami. Ich cena startuje od 50 groszy za kilogram, ale zanim trafią do mojego żołądka rośnie sześciokrotnie!
Dusza liberalna podpowiada mi: ręce precz od rynku! Ani waż się nawet sugerować, że korzystne byłyby jakieś odgórne regulacje cen, bo z tego tylko same nieszczęścia i inne socjalizmy. Ale chytrość i podejrzliwość, niesłusznie zaliczane do grona wad charakteru, każą mi jednak kibicować pomysłom ludowców. Tym bardziej namiętnie, że już sama myśl umieszczania “cen sugerowanych” na opakowaniach jedzenia wywołała silny opór w środowiskach handlowców.
Bo doświadczenie życiowe podpowiada: winnych szukaj wśród tych, którzy najmocniej oponują przeciwko jawności informacji.
O rzut beretem od osiedla ZWM w Opolu jest kilka gospodarstw, gdzie kupić można mleko od krowy. Młodszej części czytelnikom wyjaśniam, że mleko pochodzi od krowy a nie rodzi go kartonowe pudełko. To mleko od krowy ma tę właściwość, że się zsiada. Znów wyjaśnienie: przybiera otóż taką konsystencję, że można je wtedy klepnąć, a ono się trzęsie przez kwadrans jak podobnie potraktowana pupa dojrzałej kobiety. Są zatem obie (zsiadłe mleko i pupa) wprost boskie.
Do tych gospodarstw, pieczołowicie omijając supermarkety, ciągną co dnia procesje mieszkańców osiedla. W siateczkach ludzie niosą szklane butelki, do których z konwi nalewane są im porcje białego szaleństwa. Bardzo proszę nie rozgłaszać nikomu tego co tu napisałem, bo obawiam się, że zaraz owe farmy napadną inspekcje od wszystkiego co straszne, więc i od higieny, i będziemy przymuszeni pić mleko z kartonów. A przecież od lat nie wybuchła na osiedlu zaraza czy choćby epidemia. Więcej: znajomy lekarz twierdzi, że jak ludzie opijają się mlekiem pasteryzowanym, to potem zapadają na różne świńskie grypy. I że nic tak nie wzmaga odporności jak garść bakterii połknięta od czasu do czasu. Sterylnie chowane dziecko musi dostać pleśniawki, gdy po wywrotce nażre się piasku w piaskownicy.
Zacząłem od zwyrodniałej ekonomii, a kończę jak lekarz rodzinny. Ale to efekt mojego gapienia się na półki sklepowe w kolejce do kasy w pobliskim sklepie. Obok wyjałowionego mleka stały słoiczki z witaminami, niezbędnymi do życia. Kupując jedno i drugie zapłaciłem dychę. Gdy za popsute mleko rolnik dostał 80 groszy.
Dlatego popieram pomysł PSL.

