platforma blogowa portalu nowa trybuna opolska

Wiemy więcej, czy mniej?

Nikt i nigdzie nie lubi ministra finansów, co jest naturalne, bo wszyscy najpierw myślimy własnymi kieszeniami, potem dopiero -ewentualnie – w kategoriach ogólniejszych. Ja także, pewnie jak większość, mam więc pretensje do rządu, osobliwie zaś do ministra od pieniędzy, że jakoś wybitnie cherlawo mówi o tym, co nas czeka. I to w dodatku językiem zrozumiałym: czy wzrośnie bezrobocie i o ile? Czy zagrożone są nasze oszczędności, skoro system bankowy się chwieje? Czy w ogóle się chwieje, czy tylko bankowcy zwariowali (wszak nie da się przejść ulicą by nie dostać do ręki ulotki propozycją kredytu). Czy mamy w ogóle jakiś plan wejścia do strefy euro, czy premier wpadł na ten pomysł kilka miesięcy temu przy goleniu w Krynicy? Jeśli plan przychodów budżetowych już w listopadzie uznawany był za kompletnie nierealistyczny, to czy nie należało natychmiast rozpocząć prac nad jego nowelizacją?
Przedsiębiorcy, finansiści czerpią wiedzę o sytuacji finansowej nie z kwiecistych przemówień w parlamencie, z orędzi prezydenta, lecz z innych źródeł, dalece mniej ciekawych, bo cóż porywającego może być statystyce? Tak zwani zwykli ludzie czerpią wiedzę z relacji prasowych, telewizyjnych migawek, czyli streszczeń. Co zatem zwykły człowiek wie o sytuacji gospodarczej? – jest źle, a pewnie będzie jeszcze gorzej! A rząd się leni.
No i są tego skutki. Nie śmiałbym się z takiego: Oto w supermarketach żałoba, bo z ich wyliczeń wynika, że najmniej skore do zakupów stały się ostatnio kobiety w wieku ok. 30 lat. Oczywiście – można supermarketów nie lubić, więc mruknąć: i dobrze im tak, ale to przecież obrazek pewnej tendencji. Optymizm konsumencki zmalał, a psycholodzy alarmują, że perspektywa kryzysu i jego skutków wpędza nas w depresję.
A rząd faktycznie milczy.
Jestem wdzięczny prezydentowi przynajmniej za jedno: ilekroć go widzę przemawiającego, bezwiednie się uśmiecham. I chętnie bym go pochwalił za orędzie, gdyby tylko nie nasycił go w tak nieznośny sposób liczbami, lecz sformułował jakąś przekonującą wizję, lub przynajmniej narobił kłopotu rządowi proponując jakąś wizję państwa, “gry plan” na najbliższych dwadzieścia lat.
Tymczasem cała “operacja orędzie” okazała się dość kaleka w realizacji. PiS (bo wszak prezydent jest tej partii orędownikiem) wydał rywalom z PO przedwyborczą bitwę, którą – jak sądzę – w sensie politycznym zremisował, ale w sensie wiedzy o rzeczywistym stanie gospodarki widowiskowo przegrał. Minister Rostowski rozstrzelał argumentację zawartą w orędziu prezydenta. Kłopot tylko w tym, że przecież większość nie miała szansy wysłuchać jego wywodów, bo około południa ludzie są w pracy. A żadna stacja nie odważy się retransmitować wystąpienia, bo to producenci proszków do prania dyktują warunki programowe, a nie jakieś tam krajowe rady radiofonii i telewizji. Zatem znów cała masa konkretów pójdzie kosmos, a ludzie pozostaną przy swoich zdaniach.
Przy wrażeniu: nadciąga krach, a rząd nic nie robi.
Prezydentowi należy się uznanie, że sprowokował rząd do wreszcie mówienia o konkretach. Ale autor jego orędzia cokolwiek się poplątał, ot, choćby proponując obniżenie podatków przy utrzymaniu skali obecnych wydatków budżetowych: konia z rzędem komuś, kto to rozumie.
PiS wypadł bardzo niezręcznie, próbując zablokować debatę nad orędziem. Jeśli bowiem nawet faktycznie konstytucja nie przewiduje takiej rozmowy, to jednak trudno w tym momencie nie dostrzec, że treść orędzia miała być wedle PiS zwyczajnym arsenałem propagandowych chwytów przedwyborczych.

Bachorki – rozkoszniaczki

Co w Kancelarii Prezydenta robią ze słynnymi “małpkami”? Poseł Palikot sugeruje, że unicestwia je taśmowo prezydent. W związku z czym stawia pytanie, czy dobrze jest, gdy zwierzchnik naszych sił zbrojnych bywa zamroczony? W odpowiedzi urzędnicy prezydenccy ogródkami forsują tezę, że minister spraw zagranicznych, a może i premier także, sami byli “niedysponowani” gdy podczas szczytu NATO decydowano o obsadzie szefa. Następnie poseł Palikot pije publicznie “małpkę” na happeningu w Lublinie, co ludzie PiS traktują jako jawne natrząsanie się z porządku prawnego RP, po czym odkrywają, że wydatki na małpki Kancelarii Prezydenta to pryszcz w porównaniu z alkoholowymi zamówieniami złożonymi przez MSWiA oraz MSZ, a zatem rewiry w pełni “peowskie”.
No i co na to wszystko powiedzieć?
Prezydenckie “małpki” przypominają mi stary dowcip o człowieku, który za posiadanie sprzętu do destylacji gorzały poprosił, by skazano go także za gwałt, bo sprzęt do tego też ma. Wcale nie intrygują mnie wahania i powody podejrzliwości wobec stanu zdrowia prezydenta zgłaszane przez pana Palikota. Od wielu miesięcy powtarzam, że cała jego działalność wydaje mi się hucpą, choć powody tej hucpy rozumiem, a nawet podzielam. Z nim jest jak z psem, któremu rzuca się patyk do aportu: na logikę to absurdalne zajęcie, ale skoro sprawia przyjemność, to czemu przerywać zabawę?
Tym bardziej, że urząd prezydenta jest Polsce nadymany do nieprawdopodobnych rozmiarów. Sporo lat temu, spacerując Nowym Światem, byłem mimowolnym świadkiem przejazdu Pierwszego Samochodu w Państwie otoczonego kawalerią ochrony. Wałęsa był łaskaw przemieszczać się ze swego pałacu do Urzędu Rady Ministrów, a ta eskapada wywołała paraliż komunikacyjny w centrum stolicy. Widziałem niesmak na twarzach warszawiaków. To przedstawienie było rzeczywiście w złym guście.
Lata później w Opolu daremnie dopytywałem ochroniarza obecnego prezydenta, czemuż to ma tak wielki parasol przy sobie, gdy tymczasem dwóch Predatorów trzymało mnie i wszystkich obecnych na muszce. Wcale nie przesadzam.
Zmierzam do tego, że z jakichś niepojętych powodów władza różnego szczebla zmierza zawsze w stronę obyczaju biznatyjskiego. Powtarzam: nie obchodzi mnie, kto w Kancelarii Prezydenta, z MSWiA czy MSZ wspomaga się ‘małpkami”. Jeśli pomaga mu to w pracy, w koncentracji – jego sprawa. Ale kompletnie nie rozumiem czemu takie zakupy są finansowane z kieszeni podatników. Sam ten pomysł właśnie uważam za żenujący i niegodny. Wysokich urzędników nie stać na zakup “małpki” z własnej kieszeni?
Upowszechnił się jakiś dziwny obyczaj w kręgach władzy. Onegdaj opisywała jego przejawy Julia Pitera, ale wobec fali krytyki, dała sobie chyba z tym spokój. Oto okazywało się na przykład, że wysocy urzędnicy ministerialni płacili służbowymi kartami jak jakieś dorsze czy im podobne rybie paskudztwa, że kupowali sobie za nie kremy do rąk i inne kosmetyki. Powtarzam: państwo od tego nie zbiednieje, a ja nie jestem za tym, by np. prezydent jeździł po stolicy na rowerze – choć ujmy by mu też nie przyniosło, skoro w Skandynawii są to już praktyki zwyczajne.
Drażni mnie jednak ta mentalność charakteryzująca spore kręgi ludzi władzy, a którą nazwałbym syndromem bachorstwa. Funkcje niepostrzeżenie obrastają przywilejami począwszy od coraz bardziej obfite floty samochodów służbowych, po karty kredytowe, darmowe komórki i takież ubezpieczenia. Unikam populizmu, ale coraz częściej mam wrażenie, że jestem rolowany.

Czysty POPiS

To dość deprymujące, że prezydent z premierem,kancelaria z rządem spierają się publicznie o to, czy odtajnić notatkę z rozmowy telefonicznej między Tuskiem a dopiero co wybranym sekretarzem NATO. Oczywiście, jako dziennikarz byłbym ciekaw treści notatki, ale jako że staram się też używać rozumu sądzę, że ujawnienie tej notki byłoby złamaniem wszelkich zasad dyplomacji. Bo gdyby nie, to cóż stałoby na przeszkodzie transmitować rozmowy premiera w radiu zaraz po sygnale z Wierzy Mariackiej?
Strony sporu idą na klincz. Wydaje się, że i rząd coś przeskrobał nie w porę i złym stylu informując prezydenta o swym stanowisku, ale i prezydent nie odmówił sobie satysfakcji złapania rządu “na wykroku”.
Ani myślę rozstrzygać, po czyjej stronie więcej racji. Ale po owocach oceniam ICH…

Pan na ośmiu procentach

Może za dużo wymagamy od tych facetów? Może naoglądaliśmy się za wielu filmów, w których postaci pozostające w cieniu snują wyrafinowane intrygi, sypiąc z nich Himalaje globalnej polityki? Może to nasze chciejstwo sprawia, że tak chętnie uwierzylibyśmy, że jak ktoś zostaje ministrem, premierem, posłem, senatorem, prezesem, to przede wszystkim dlatego, że ma jakiś rozum, frapującą wizję – państwa, resortu, firmy. Czytaj dalej…

Pieczeniarze niech obstawiają lewicę

Lech Kaczyński jest moim prezydentem, choć trudno mi się z tym pogodzić. Chwilowa IV RP też była moim państwem, acz jej upadek uczciłem pucharem soku z buraków. Powrót III RP taktuję z kolei jak ktoś komu rak się cofnął i pozostała tylko grypa. Mdli mnie panatuskowa „cywilizacja miłości”, rozlazłość PO, polityka, którą wypełnia bez reszty jakiś Palikot, wobec czego biedne media zmuszone są udawać, że jest w tym cokolwiek ekscytującego. Czytaj dalej…

Dajcie mi ich na staż dziennikarski

Kiedy prezydent USA chciał dowiedzieć sie, jak wygląda sytuacja na frontach w Wietnamie, włączał CNN. CIA tez ściągała od dziennikarzy piszac swe raporty.

Czytam właśnie, że prezydent RP nie wiedział o katastrofie samolotu wojskowego, dlatego pojechał gdzieś tam za granicę. Zbiera się teraz Biuro Bezpieczeństwa Narodowego, by sprawę przedyskutować i ustalić PROCEDURY wzajemnego informowania się władz państwowych o różnych ważnych wydarzeniach.

Rece opadają…