A tak bardzo chciałem ratować Ziemię…
Mam licznik prądu typu pre-paid. Ta bestia pozwala mi na pobieranie energii tylko do chwili, gdy za nią uprzednio zapłaciłem. Gdy przekroczę limit, następuje ogólne cyk – i siedzę przy świeczce. Podejrzewam, że ten licznik jest żywy oraz narodowości polskiej, ponieważ umie kombinować. Oblicza bowiem, na ile jeszcze dni wystarczy mi prądu jeśli włączę jednocześnie i komputer, i telewizor, i pralkę (a nie są to zwykle wiadomości pocieszające). Nakłania zatem do oszczędności energii, planowania czynności, słowem spycha mnie w stronę ruchów ekologicznych zatroskanych emisją co2. Dzięki licznikowi stoję w szeregu ratujących planetę.
System ma jednak swoje niezwykłości. Otóż po to, by kupić do niego co jakiś czas stosowny szyfr umożliwiający przepływ energii, muszę wyjechać niemal za opłotki miasta, do jedynego punktu, który owe opłaty przyjmuje. Nie ma mowy o jakimś tam płaceniu kartą byle gdzie, o jakichś przelewach bankowych etc. Nie ma też mowy, bym mógł dostać kod do licznika np. majlem albo esemesem. Nie. Muszę dojechać do siedziby firmy i odstać co najmniej pół godziny w kolejce. Ale to nie koniec. Następnie muszę przejść się sto metrów do sklepu spożywczego, tam odstać swoje w kolejnym ogonku, by dostać paragon potwierdzający opłatę, po czym wrócić do siedziby firmy energetycznej by otrzymać papierek z kodem.
Gdy po raz pierwszy dowiedziałem się o istnieniu systemu pre-paid bardzo się ucieszyłem, że widocznie idziemy w dobrym kierunku. W końcu energia jest takim samym towarem jak szczypiorek. Kupujesz ją, to nie „widzisz ciemności”. Karmisz prądem lodówkę, komputer, pudło z obrazkami, ciesząc się błogostanem. Jednak jak zwykle u nas, ten sensowny, wygodny system musiał zostać schrzaniony na poziomie organizacyjnym. Takim zwykłym, trywialnym, przyziemnym. W stutysięcznym mieście opłat można dokonać w jednym, jedynym okienku po odstaniu kolejki jak żywcem przeniesionej z PRL.
Ktoś kiedyś wygłosił sentencję, że opisując kroplę wody można tym samym opisać ocean. Powie ktoś, że problem z opłatą za prąd w porównaniu z globalnym kryzysem i ociepleniem jest jak pryszcz na nosie nastolatka. Też będzie miał swoją rację, jak i ja moją, wściekając się, że proste sprawy można schrzanić w prosty sposób.
I całkiem bezkarnie.

