Napisałem kiedyś relację z wystawy zdjęciowej rozstawionej na ul. Krakowskiej w Opolu. Były na niej m.in. fotki obrazujące kolejne etapy aborcji – czyli kawałkowanie, rozrywanie i utylizowanie ludzkich zarodków. Starałem się zachować dystans autorski do tej relacji, cytując opinie przypadkowych ludzi. Owszem, pominąłem szereg takich emocjonalnych stwierdzeń, które z tekstu zrobiłyby recenzję poziomu umysłowego oraz wrażliwości autorów tego pokazu. Przypuszczałem, że za to właśnie dostanę po łbie, a tu ciekawostka – tłuczono mnie „z drugiej strony”, i nawet teraz (list poniżej) za manipulację, ale odwrotną.
Cóż. Są takie życia poczęte, że tylko siąść i płakać. Hitler czy Stalin na przykład.
List czytelnika publikuję za jego zgodą. Ale nie dlatego, bym gotów był przyznać mu rację, lecz dlatego, że zawiera kilka typowych dla „obrońców” chwytów. Warto im się przyjrzeć. Dla ułatwienia poczyniłem w nim odnośniki w nawiasach.
___________
Szanowny Panie Olszewski,
Niech Pan i pana jaśnie oświeceni (1) koledzy z redakcji uświadomią sobie, że skoro życie ludzkie jest wartością uznaną za największą na tym świecie, to uratowanie choćby jednej istoty jest warte kilkudziesięciu tysięcy oburzonych ludzi, wątpliwie zszokowanych dzieci (przy grach komputerowych, które kupują im rodzice, takie obrazki to pikuś), kilku niedojedzonych lodów na Krakowskiej, kilku popsutych humorów i tyluż nieprzychylnych artykułów w tendencyjnej prasie. (2)
Jak ta sztuka, wymagająca zdarcia odrobiny strupa z oczu (3), już się uda, proponuję oswoić się z myślą, że gdyby w Berlinie zapodać wystawę ukazującą dzieci zamordowane w Auschwitz, Niemcy też by się oburzali. (4)
Nawet znalazłby się jakiś “gruby”, który by stwierdził, że przy tym co mu robili w szpitalach, ta wystawa to pikuś. Pewno nawinąłby się i jakiś Mengele, który tanimi tekstami o znajomości ludzkiej natury, że nie wszystko jest białe albo czarne, udowadniałby sobie, że jest fair (bo świadomość, że jest się kanalią na dłuższą metę jest nie do zniesienia).
Znowuż gdyby właśnie taka wystawa była na Krakowskiej, nikomu by to nie przeszkadzało, bo to w końcu nasza krzywda, a krew nie na naszych rękach.
A tu wał! Bo w przeciwieństwie do tej krwi, którą chętnie oglądamy w Tv i grach komputerowych, krew dzieci usuniętych z łona matek jest mniej lub bardziej pośrednio na naszych rękach. A jak wiadomo, prawda w oczy kole i trochę mogą nie smakować lody jak się idzie ulicą a tu coś nam ktoś wypomina. Tego nikt nie lubi.
Ta wystawa ma szokować! (5) Bo tu nie chodzi o jakieś bzdury, zagrywki rządu, prowokacje… Tu idzie o życie!
Sprawa numer trzy. Panie Mirosławie, jak jakiś typ mówi Panu na ulicy, że się chlusta krwią po oczach, bo rząd chce zmusić kobiety do rodzenia dzieci poczęte w wyniku gwałtu, niech się Pan wysili i niech pan go spyta: Od kiedy rząd tak chce? Później niech Pan takiemu poradzi dowiedzieć się czy aby nie pochodzi z gwałtu a w razie gdyby pochodził, niech się rzuci do Odry. Będzie wtedy postępowy (aborcja i eutanazja w jednym). – Przecież rząd całkiem niedawno udowodnił, że dla jego członków życie dzieci nienarodzonych to mało interesująca kwestia. Dlatego redakcji NTO radziłbym unikać podprogowych sugestii, że to jakaś polityczna prowokacja mająca na celu głaskanie moherów. (6)
Tomasz Sudół (student, niezrzeszony, niemoherowy)
Od MOLa
Odnośniki:
(1). Dobrze jest delikatnie zakpić ze zdolności umysłowych osoby, z którą się polemizuje. To zwalnia od mozołu konstruowania żelaznej argumentacji, pozwala zaś na pobłażliwe perrorowanie.
(2). Twierdzenie staje się regułą, gdy sprawdza się przy do-wolniej wykombinowanej próbie. Tymczasem wystarczy zapytać choćby tylko Polaków, czy są za karą śmierci, by zrozumieć, że teza jest zbyt kategoryczna. Przy okazji: Dobrze jest też podkreślić, że prasa jest tendencyjna. Tej przestrogi nigdy za wiele.
(3). Zręczny zabieg: Dobrze jest potraktować kogoś, z kim polemizujemy, jako w gruncie rzeczy rokującego powrót do normalności, gdy dane mu będzie usłyszeć Prawdę. (Ona usuwa strupy).
(4). Bardzo efektowna analogia. Rad byłbym zobaczyć jej autora, gdy kobietę zdecydowaną przerwać ciążę określa mianem zwyrodniałego esesmana. Dostałby w papę, ale gorzej: mogłaby mu uświadomić, że w III Rzeszy aborcja była co najmniej niemile widziana. A stąd już blisko do dosadnego zdefiniowania poglądów autora.
(5). Mam więcej wiary w ludzi: uważam, że nie trzeba ich bić, by przyjęli Prawdę, ani szokować, by ją przyjęli za swoją. Wystarczy mieć argumenty i je przedstawiać oraz niezbędną dozę cierpliwości i chrześcijańskiej pokory, by poskromić świerzbiącą rękę.
(6). Jakoś nie chce mi się dowodzić prawdziwości tezy, że rząd, który panował wtedy, gdy na ul. Krakowskiej „krew chlupotała w butach” w obronie nienarodzonych, że otóż ten rząd nie lubił aborcji. „Koń jaki jest, każdy widzi” i tyle.
A teraz wyjaśnię, dlaczego z panem Tomaszem pewnie nie dojdziemy do porozumienia. Powód jest prosty: palenie tytoniu jest niezdrowe, jednak byłbym przeciwko pokazywaniu w tv spotów z ostatnich chwil palacza, rzężącego, parskającego krwią z płuc. Nie byłbym za tym, by zamiast tabliczek w wagonach z wezwaniem do nie wychylania się, były zdjęcia obrazujące człowieka z urwaną głową. Wolę skądinąd idiotyczny napis na kubkach z kawą w McDonalds, że uwaga – wrzątek, niż miałyby być na nim fotki poparzonej, obłażącej skóry. Że nie wspomnę o Indianach, którym w celu zbawienia duszy ucinano głowy.
Słowem: czasem użyta metoda perswazji jest okropniejsza od zbożnego skądinąd celu, któremu miała służyć.
Vide – krwawe jatki na ul. Krakowskiej.
I jeszcze jedno. Zwolennicy całkowitego zakazu aborcji uparcie wmawiają, że odróżniać się od nich można jedynie głosząc tejże aborcji bezwarunkową pochwałę. Trzeba mieć moher już nie na głowie, ale na oczach, by rzeczywiście widzieć świat jedynie w barwach czarno-białych.