W nowym prawie antynikotynowym zaskoczył mnie przepis nakazujący właścicielom lokali wywieszanie oznaczeń zakazujących palenia. Bo inaczej – grzywna. Wyobrażam sobie jak z kopyta ruszyły teraz maszyny do produkcji nalepek, tabliczek itd. Do wytapetowania zakazami są przecież hektary ścian, więc branża zaciera ręce.
Na logikę powinno być przecież odwrotnie. Jeśli palaczy jest mniej niż wolnych od nałogu, łatwiej i taniej byłoby znakować miejsca, w których palić wolno. Czyli: ogłaszamy na całym terytorium Polski stan antynikotynowej prohibicji, następnie oznaczamy miejsca gdzie sobie można swobodnie kopcić. Przy czym zachowujemy prawo każdego WŁAŚCICIELA knajpy do wyboru – on sam jedynie decyduje, czy w jego lokalu wolno kurzyć, czy nie.
Posłowie poszli jednak w total. Już pojawiły się zapisy uszczegółowiające, że oto w lokalach o takiej to a takiej powierzchni palić bezwarunkowo nie wolno, a w mniejszych już można się zastanawiać.
Ciekaw jestem, kto będzie sprawdzał, czy w lokalach o różnych powierzchniach wymóg wieszania naklejek zakazujących wstępu psom i palaczom jest realizowany? Straż miejska? Policja? Choć nie – jak znam życie, zostanie pewnie powołana służba, może brygada antynikotynowa z etatami, zarządem i biurowymi przyległościami.
Złe czasy idą dla nas, moi bracia i siostry w nałogu. Będziemy jeszcze bardziej tępieni, wypychani poza nawias, dręczeni telewizyjnymi reklamami różnych plastrów oraz propagowaniem zdrowego trybu życia . W jednym z polskich miast władze już namawiają do fotografowania tych, co rzucają pety na trotuary i wysyłania fotek na policję. Nagrodą za denuncjacje ma być bilet na basen. Kto wie, czy z czasem nie zaczną krążyć po Polsce samochody z hyclami wyłapującymi nas, fajczarzy? Zejście do podziemia zdaje się być jedynym ratunkiem.
Ale jak uczy historia, prześladowani, także ci, którzy wytrwają w swojej nikotynowej wierze, wracają (nawet Templariusze się odrodzili!). Naszą zemstą będzie oklejenie kraju nalepkami: „Tylko tu wolno niepalić!”. I wtedy ONI będą mieli problem taki, jak MY dziś.
P.S. Sąsiedzi z piętra poniżej znów gotują kapustę. Jestem więc od tygodnia biernym jej konsumentem. Czy jeśli od tego smrodu zwariuję, NFZ zrefunduje mi terapię u psychologa?
Dodano: 7 marzec 2010 (Niedziela). Autor: mol. Komentarzy: (74)
Opublikowano w Bez kategorii
Tagi: represje wobec palaczy, zakaz palenia
Zieleniec znam, choć mam go na krańcu pamięci. Zdaje się, że zsunąłem się tam kiedyś po jakimś stoku na nartach, a jeśli snuję ten felieton, to pewnie nie zatrzymałem się gwałtownie na drzewie czy płocie. Dlatego ogromnie mi miło, że owa miejscowość zyskuje dziś rangę kurortu przez dreszczyk sensacji. Dreszczykiem napełniają go przesłuchania świadków przed komisją sejmową. To trochę tak jak z knajpą “Pędzący Królik”. Czy ktokolwiek wie, z której pozycji jadłospisu słynie ów lokal? Czy ktokolwiek pamięta jego nazwę – pomijając zeznania świadków przed komisją parlamentarną?
Ogromną reklamę zyskali Orlen oraz Oleksy. Pierwszy dlatego, że podobno był poddawany naciskom, drugi – bo był ponoć naciskany. Ale ani nic nie wynikło z afery Orlenu, ani nic nie wynikło ze sprawy, dla której onegdaj tłumy skandowały SLD-KGB!
Mam wrażenie, że w większości przypadków, dla których powoływane były sejmowe komisje śledcze, dowody i poszlaki domniemanych przekrętów były co najmniej dyskusyjne, natomiast rodziły się one dla doraźnych celów politycznych, zaś odpowiedzi świadków mniej były ważne od konstrukcji pytań, służących manifestowaniu swych poglądów przez śledczych.
Aferomania w Polsce ma długą tradycję. Przypuszczam, że wynika ona z poczucia zapóźnienia cywilizacyjnego, a także z przeogromnej wrażliwości na to, co mówią o nas “inni”. Byle chłystek z jakiejś lokalnej gazetki jest w stanie swym nieokiełznanym językiem wzbudzić u nas polityczną burzę. Na przykład nazywając Braci “kartoflami”.
Przetrząsając internet, zbieram informacje o przebiegu i skutkach prawnych kolejnych “afer”. Będę wdzięczny za pomoc mejlową w tej pracy.
Z góry jednak uprzedzam, że nie wiem, kto kogo gwałcił w Samoobronie, póki nie zapadnie ostateczne orzeczenie sądowe.
Dodano: 22 luty 2010 (Poniedziałek). Autor: mol. Komentarzy: (253)
Opublikowano w Bez kategorii
Tagi: afera, królik, Zieleniec
Czy politycy powinni podróżować w lektykach?
W całej tej tak zwanej aferze hazardowej najzabawniejsze wydaje mi się to, że w ostatecznym rozrachunku żaden rozstrzygający dla być lub nie być branży projekt nie został podjęty, skierowany do prac parlamentu, lub choćby naszkicowany na kawiarnianej serwetce. Pod tym kątem patrząc – nic się właściwie nie stało.
Wyobraźnia opinii publicznej została rozbujana z innych powodów. Oto ujawnione stenogramy rozmów wskazały, że politycy mają znajomych, kolegów, używają słów brzydkich, a także nie przemykają ulicami noszeni w lektykach, lecz bywają nawet na cmentarzach, chodząc po nich na dwóch nogach i to własnych.
Zadałem sobie katorgę obejrzenia transmisji z przesłuchań byłych Chlebowskiego i Kamińskiego. Pierwszy z nich dowodził, że nigdy nie składał żadnych wniosków o to, by obniżyć podatkowe dolegliwości dla właścicieli sieci automatów służących hazardowi, drugi pierwszego o takie skłonności oskarżał.
Mocno się stropiłem. W okolicy w której mieszkam jest przynajmniej kilka miejsc, w których stoją automaty do gier. Podobno są to gry, w których można wygrać niewiele. Ich zasadą działania jest to, że wrzucając pięciozłotówkę czyni się to w ciszy, gdy natomiast następuje wypłata, blaszana bestia wyje, błyska światełkami a rzyga żetonami rozgłośnie jak gruźlik w ostatnim stadium.
I kiedyś w czymś takim wygrałem. Z jednego pięciu złotych zrobiły mi się dwie garście żetonów. Spojrzałem bezradnie na barmana, bo po co mi tyle guzików? On zaś przeliczył żetony, po czym beznamiętnie wyłożył na ladę podobno równowartość tych dziwactw, czyli dwa stuzłotowe banknoty.
Tak sobie pomyślałem wtedy, że są kraje szczęśliwe. Takie na przykład, które mają Las Vegas – miasto założone przez bandytę z wizją, mające klany prezydenckie, których protoplastą był przemytnik gorzały w czasach prohibicji, a jednocześnie takie, do których starają się uciec ludzie z całego świata. Nie chcę oczywiście stwierdzić, że przestępczość jest cool, ale też trudno mi przyjąć za dobrą monetę, że jest oczywistym łajdactwem spotykanie się polityka z biznesmenem choćby i na cmentarzu.
Zaś rozpytywanie ludzi, co jest dobre, a co złe, zwłaszcza gdy są w jakichś konkretnych branżach choćby w klubach nocnych i po północy wydaje mi się normalne, a nawet pożądane.
Dodano: 25 styczeń 2010 (Poniedziałek). Autor: mol. Komentarzy: (560)
Opublikowano w Bez kategorii
Tagi: afera hazardowa
Przy okazji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy dowiedziałem się, że mam narodowość. Jeśli bowiem chciałbym wziąć udział w aukcji sprzętu wojskowego, to zgodnie z wytycznymi służb wywiadowczych musiałbym zadeklarować i udowodnić przynależność do polskiego plemienia.
Pułkownika ze służb prasowych wojska roznosił w pył i proch komentator jednej ze stacji radiowych. Zapytał, czy Donald Tusk, jako Kaszub, miałby prawo wylicytować sobie coś z wojskowego sprzętu. Pułkownik wił się, kręcił, w końcu nie odpowiedział wystarczająco jasno, ale mówił za to długo, więc można było wskutek znudzenia odnieść wrażenie, że kompetentnie. Choć to nie byłby wniosek całkiem trafny.
Bo nazajutrz wojsko zrezygnowało z wymogu, by nabywcą sprzętu mógł zostać ktoś spoza grupy Polaków. Niniejszym armia się poddała.
Wysłuchałem potem socjologów przepytywanych na tę okoliczność przez reporterów innej stacji. Otóż przytaczali oni zabawne wyniki z badań, przeprowadzanych w USA, gdzie na pytanie o narodowość zwykle JEDEN procent odpowiada, że czuje się Rycerzami Jedi (tych z Gwiezdnych Wojen). I nie dzieje się tak dlatego, że Amerykanie czują się urażeni samym pytaniem, tylko jest wynikiem ich sprzeciwu wobec sytuacji, gdy jakieś struktury państwa w ogóle OŚMIELAJĄ SIĘ o to pytać.
Oczywiście dopuszczam myśl, że wojsko, z całym jego spowolnionym myśleniem gdy idzie o procedury, mogło założyć, że premier rządu, jako Kaszub, nie jest dość pewny, że nie zdradzi Talibom tajemnicy rozmieszania worków z piaskiem na podłodze pojazdu w celu ochrony przed minami przeciwczołgowymi.
Trudniej mi jednak pojąć, czemu ktoś w wojskowych biurach najwyższego kręgu nie rozumie – bo wobec dopiero nacisku medialnego – nie rozumie, że pojęcie narodowości nie powinno mieć żadnego znaczenia.
Chętnie się zawsze witam z działaczami mniejszości niemieckiej i nigdy nie martwię potem, czy mam portfel w kieszeni.
Nawet samo to zdanie uważam za absurdalne.
Dodano: 16 styczeń 2010 (Sobota). Autor: mol. Komentarzy: (106)
Opublikowano w Bez kategorii
Tagi: narodowość, Tusk, WOŚP
Mam licznik prądu typu pre-paid. Ta bestia pozwala mi na pobieranie energii tylko do chwili, gdy za nią uprzednio zapłaciłem. Gdy przekroczę limit, następuje ogólne cyk – i siedzę przy świeczce. Podejrzewam, że ten licznik jest żywy oraz narodowości polskiej, ponieważ umie kombinować. Oblicza bowiem, na ile jeszcze dni wystarczy mi prądu jeśli włączę jednocześnie i komputer, i telewizor, i pralkę (a nie są to zwykle wiadomości pocieszające). Nakłania zatem do oszczędności energii, planowania czynności, słowem spycha mnie w stronę ruchów ekologicznych zatroskanych emisją co2. Dzięki licznikowi stoję w szeregu ratujących planetę.
System ma jednak swoje niezwykłości. Otóż po to, by kupić do niego co jakiś czas stosowny szyfr umożliwiający przepływ energii, muszę wyjechać niemal za opłotki miasta, do jedynego punktu, który owe opłaty przyjmuje. Nie ma mowy o jakimś tam płaceniu kartą byle gdzie, o jakichś przelewach bankowych etc. Nie ma też mowy, bym mógł dostać kod do licznika np. majlem albo esemesem. Nie. Muszę dojechać do siedziby firmy i odstać co najmniej pół godziny w kolejce. Ale to nie koniec. Następnie muszę przejść się sto metrów do sklepu spożywczego, tam odstać swoje w kolejnym ogonku, by dostać paragon potwierdzający opłatę, po czym wrócić do siedziby firmy energetycznej by otrzymać papierek z kodem.
Gdy po raz pierwszy dowiedziałem się o istnieniu systemu pre-paid bardzo się ucieszyłem, że widocznie idziemy w dobrym kierunku. W końcu energia jest takim samym towarem jak szczypiorek. Kupujesz ją, to nie „widzisz ciemności”. Karmisz prądem lodówkę, komputer, pudło z obrazkami, ciesząc się błogostanem. Jednak jak zwykle u nas, ten sensowny, wygodny system musiał zostać schrzaniony na poziomie organizacyjnym. Takim zwykłym, trywialnym, przyziemnym. W stutysięcznym mieście opłat można dokonać w jednym, jedynym okienku po odstaniu kolejki jak żywcem przeniesionej z PRL.
Ktoś kiedyś wygłosił sentencję, że opisując kroplę wody można tym samym opisać ocean. Powie ktoś, że problem z opłatą za prąd w porównaniu z globalnym kryzysem i ociepleniem jest jak pryszcz na nosie nastolatka. Też będzie miał swoją rację, jak i ja moją, wściekając się, że proste sprawy można schrzanić w prosty sposób.
I całkiem bezkarnie.
Dodano: 12 styczeń 2010 (Wtorek). Autor: mol. Komentarzy: (196)
Opublikowano w Bez kategorii
Tagi: energia, klimat, oszczędność
Jest taki oklepany, ale niezły chwyt polemiczny, gdy rozmowa dotyczy parytetów płci. Zwolennika równouprawnienia należy zapytać, czy ta zasada ma obowiązywać wszędzie, także więc przy rekrutacji do zawodu szambonurka? Potem można punktować mniejszym kalibrem: czy kobiety powinny wsiąść na traktory? Czy powinny stanąć przy piecach martenowskich? Itd.
Zwykle odpowiedź pada – ależ skąd! A towarzyszy jej oskarżenie o demagogię i antyfeminizm. Mnie jednak w całej debacie na temat parytetów płci ciekawi to, że nikt nawet nie kusi się o określenie obszarów życia, których równouprawnienie miałoby dotyczyć. Miałoby ono był totalne, czy wycinkowe? Jak dotąd wygląda na to, że kobiety chcą wejść do parlamentu, by cywilizować zdziczałość męskiej polityki, który to pomysł chętnie wspierają ugrupowania na lewo od centrum. Ale tu kolejna pułapka: kto otóż lewicy zagwarantuje, że w parytetowym Sejmie, żeńskiej połowy nie zdominują ideowe siostry posłanki Kempy? Chciałbym też zobaczyć miny PO i PiS, gdyby miało się okazać, że z woli wyborców cudownemu rozmnożeniu na salach obu izb uległa posłanka Senyszyn.
Panuje takie przekonanie, że kobiety są z natury istotami wrażliwymi, łagodzącymi obyczaje, spolegliwymi, a główną ich cechą jest wrodzona skłonność do kompromisu. Sztandarowym, jak sądzę, przykładem na poparcie tych tez może być pewnie Lukrecja Borgia. Lewicy z kolei pewnie byłoby niezmiernie miło forsować swoje programy, gdyby w prezydium Sejmu zasiadły dwie panie Thatcher w polskiej wersji „Żelaznej Damy”.
Nie jestem ani feministą ani antyfeministą. Obie postawy uważam za jednako głupie, co więcej, uwłaczające godności kobiet. Znam kilka, z którymi nie poszedłbym na randkę (z wzajemnością na pewno) oraz kilka, które gotów byłbym uwodzić, ale albo są zajęte albo słuchają disco-polo. Dokładnie tak samo jest z facetami. Z jednymi chce się iść na piwo, z innymi uchowaj Boże!
Swego czasu bohaterką narodową Polaków stała się niewolnica Isaura (była aktorką w pierwszym telewizyjnym tasiemcu PRL produkcji brazylijskiej). Gdyby wówczas były wybory prezydenckie, wygrałaby je w cuglach. Ja jednak wolałbym ją mieć w kuchni, a z jej parszywym właścicielem – Leońciem – robić wspólne interesy.
Dodano: 1 styczeń 2010 (Piątek). Autor: mol. Komentarzy: (354)
Opublikowano w Bez kategorii
Tagi: parytet płci, równouprawnienie
Ani ze mnie rygorysta moralny, ani entuzjasta scenariuszy Krzysztofa Piesiewicza, ani konsument tabloidów, jednak sytuacja w jakiej znalazł się senator uwiera resztki mojego własnego sumienia. Może bowiem zbyt często dawałem się skusić krzykliwym nagłówkom i kupowałem niektóre brukowce? Może grzesząc telewizyjnym pilotem dawałem niechcący specjalistom od telemetrii sygnały, że brutalność i skandal, choć pozbawione wszelkiej treści jednak mnie zaciekawiają?
Nie umiem odpowiedzieć jednoznacznie na pytanie, czy gazeta powinna była publikować nagrania kompromitujące senatora. Bo z jednej strony – wykonała po prostu misję, do której została stworzona. Mają jakąś część racji ci, którzy twierdzą, że oryginalny styl bycia senatora mógł stać się okazja do szantażowania go w celach innych niż zwykłe wyłudzanie jego prywatnych pieniędzy. Od tej strony patrząc, gazeta upowszechniając informację mogła więc wykonać kawał dobrej roboty dla korzyści publicznej. Co więcej – od strony czysto dziennikarskiej – to nie gazeta przecież zaaranżowała całą sytuację, lecz zareagowała na wcześniejsze działania prokuratury. Dziennikarze zwyczajnie poszli tropem sprawy i doszli do jej źródeł.
Patrząc z innej strony, gazeta publikując kompromitujące senatora nagrania skazała go na śmierć cywilną i polityczną. Owszem, senator był w jakiejś damskiej kiecce, pewnie też proszek, który wciągał nie był sproszkowanym lekarstwem, a malowanie szminką ust zupełnie nie licuje z godnością senatora III RP. Ale jednak wszystko to odbywało się w jego prywatnym mieszkaniu. Upublicznienie tych ekscesów można zatem podciągnąć pod kategorię naruszenia miru domowego. I przyznaję, że trochę mi teraz wstyd, że zdecydowałem się jednak obejrzeć filmiki w Internecie.
Zabrzmi to pewnie dziwacznie, ale coraz częściej spotykam się z informacjami i przekazami, po których łyknięciu stwierdzam, że wcale ich zażywać nie chciałem. Że ani niczego mi nie wyjaśniły, ani niczego nie pomogły zrozumieć, Są tym samym, czym zdjęcia z miejsc wypadku. Perwersyjną karmą dla chorych emocji.
Na nowy rok ordynuję zatem sobie wielką informacyjną wstrzemięźliwość i dietę umysłową. Co i państwu zalecam.
Dodano: 19 grudzień 2009 (Sobota). Autor: mol. Komentarzy: (130)
Opublikowano w Bez kategorii
Tagi: Piesiewicz, senator, szantaż
Zaskakująco mizerny był oddźwięk na kolejną publikację IPN o domniemanej agenturalnej przeszłości byłego prezydenta Kwaśniewskiego. Ledwie kilka komentarzy, ale bez ognia, kilka tekstów też bez ikry. To ciekawe zjawisko, bo przecież kilka miesięcy temu podobne enuncjacje o Wałęsie wywołały polityczną burzę.
Pierwszy powód wstrzemięźliwości na rewelacje o “Kwasie” wydaje mi się podobny do sytuacji opisanej w wierszyku Andrzeja Waligórskiego. Tam rycerz Dreptak nie chciał wyjść z zamku wywoływany na pojedynek, zwłaszcza że na dworze siąpiło, więc spełnił żądanie wyzywającego i gromkim głosem wykrzyczał, że owszem, jest świnią, po czym wlazł do ciepłego łoża. Ludność okoliczna słysząc to wzruszyła zaś ramionami mrucząc: wielka mi nowina! I wróciła do swych kolacji. I tylko wyzywający “rdzewiał na deszczu jak głupi”.
Kwaśniewski wprawdzie konsekwentnie zaprzecza, by był formalnie współpracownikiem SB, jednak ten jego pojedynek z IPN nie ma w sobie dramaturgii. Był – nie był? Każda wersja jest “letnia”. Bo jak wyznaczyć granicę między był – a sprzyjał? A w tezę, że były minister komunistycznego rządu zwalczał bezpiekę trudno uwierzyć.
Z Wałęsą było inaczej. W jego przypadku dowód kolaboracji z reżimem miałby fundamentalne znaczenie dla wyznawców teorii spiskowych. Agent na czele ruchu wolnościowego?! No takich gratek w polityce się nie przepuszcza. Wreszcie odtrąbiono by na całego polowanie, tudzież personalną i środowiskową rzeź jak marzenie.
Dwadzieścia lat po upadku komunizmu coraz więcej Polaków, zwłaszcza młodego pokolenia, bardziej zdaje się przejmować kolejnymi epidemiami jakie na nas spadają, warunkami kredytów za świąteczne zakupy niż politycznymi dożynkami starych ramoli. Fundamentalny argument zwolenników twardej lustracji też powoli traci atrakcyjność, bo biologia robi swoje i istnienie rozgałęzionego układu, który miałby chronić wpływy dawnego aparatu, staje się coraz mniej realistyczne.
Koalicja wyczuła zmianę nastrojów społecznych wobec IPN więc proponuje zmiany jego działania tak, by stał się instytutem badawczo-naukowym, a nie sztyletem w rękach opozycji.
Czekają nas gorąca zima i wiosna.
Dodano: 6 grudzień 2009 (Niedziela). Autor: mol. Komentarzy: (315)
Opublikowano w Bez kategorii
Tagi: agenci, Alek, Bolek
Kierowcy autobusów w stolicy będą wypraszać pasażerów, którzy rozmawiają przez telefon podczas jazdy. Impulsy wydalane przez komórkę mogą bowiem zakłócać pracę urządzeń elektronicznych autobusu, a to niebezpieczne. Wprawdzie producenci autobusów od razu zrobili wielkie oczy słysząc tę rewelację, jednak zasada nieużywania telefonów w autobusach już jest stosowana.
Kudy mi do rozstrzygania, kto ma rację, jednak jak znam życie antykomórkowa kampania będzie się rozszerzać. Już nie wolno ich używać na stacjach benzynowych gdyż mogą bezwiednie zdetonować dystrybutory paliwa, następnymi zakazanymi rewirami będą zapewne supermarkety, w których kasy są przecież wyrafinowanymi elektronicznymi kombajnami. Powtórzy się pewnie scenariusz rugowania palaczy z miejsc publicznych. Ciekaw jestem tylko, która z rewolucji rozwinie większe tempo: antykomórkowa, czy antynikotynowa?
W starych, dobrych czasach, ludzie ustalali sobie prawa środowiskowe. Gdy na imprezie było więcej palaczy niż niepalących, ci drudzy musieli cierpieć. I odwrotnie. Nie było niczym nagannym odebrać przy stole komórkę i porozmawiać, zwłaszcza że i tak biesiadnicy mówili w tym czasie jeden przez drugiego. Dziś zwycięża myślenie zakładające, że standardy są święte, a najlepiej gdy sankcjonuje je państwo. Wygląda na to, że przestajemy lubić wolność. Co jakiś czas wraca problem czy powinniśmy móc robić zakupy wiadomego dnia tygodnia, zamiast oddawać się skupieniu, refleksji oraz pytaniu dzieci jak tam w szkole, a żony co nowego u fryzjerki?
Tęsknota za standardami prowadzi często do komicznych sytuacji. W wiacie przystanku autobusowego tuż pod naklejką informującą o zakazie palenia stoi śmietnik z popielniczką. Współtowarzyszka komunikacyjnej niedoli już raz zwróciła mi uwagę, że pod wiatą palić nie wolno. Przeprosiłem za moje roztargnienie i wyszedłem na deszczyk poza daszek. Ale ostatecznie musiałem wyrzucić niedopałek na chodnik. A zatem jednocześnie złamałem prawo i je uszanowałem.
Niektórzy twierdzą, że opisując kroplę można opisać ocean. Niepokojąco wiele w tym racji.
Dodano: 28 listopad 2009 (Sobota). Autor: mol. Komentarzy: (201)
Opublikowano w Bez kategorii
Tagi: Komórki, palacze, standardy
Media entuzjazmują się grą polityczną przy okazji uchwalania ustawy antyhazardowej, a mnie okrutnie interesują praktyczne skutki jej wprowadzenia. Kompletnie nie rozumiem na przykład, czym różni się kupowanie zakładów lotka od pociągania wajchy jednorękiego bandyty? Chyba tym tylko, że w lotku płacenie i odbieranie kwitka odbywa się na płaszczyźnie poziomej, a obsługa automatu wymaga więcej ruchów w pionie. Zresztą można sobie wyobrazić sytuację, gdy “w małym, pogrążonym w bezrobociu miasteczku” (ulubiony ostatnio zwrot komentatorów) ktoś odbierający zasiłek biegnie do kolektury i za całość kasy wybiera numerki, a nie obstawia śliwki, banany w wersji bandyckiej. No gdzie różnica?
W Internecie pod hasłem “hazard” jest bardzo wiele stron, a przodują te, które oferują rozmaite terapie uwalniające od możliwego uzależnienia od myśli, że można z dnia na dzień stać się obrzydliwie bogatym i gwizdać na wszystko i wszystkich. Jednocześnie w tv, publicznej jak najbardziej, trwa hazard na całego. Gdy mnie razu pewnego dopadła bezsenność gapiłem się na skąpo odzianą pannę, która ze studia namawiała mnie do wykonania telefonu i odgadnięcia idiotycznie prostego hasła. Zadzwoniłem, ale połączenie nie doszło do skutku. Niemiej zapłaciłem za swą głupotę i to słono, gdyż publiczna tv tak ustawiła zasady połączeń, że nawet za niezrealizowane trzeba bulić. Gdybym miał szczęście, trafiłbym na wolną linię. Nie trafiłem – moja strata. Ale czy to nie jest hazard w najczystszej postaci?
Autorzy ustawy antyhazardowej żyją w przeświadczeniu, że jeśli pokusę oddalić, stanie się ona mniej kusząca. Nic bardziej mylnego. Hazard zyska tylko na atrakcyjności, gdyż stanie się owocem zakazanym. Najpewniej w tej willi w Opolu znów rozkwitnie poker jak u schyłku PRL, przy którym udało mi się ongi wygrać niezłą kasę.
Walka rządu z hazardem przypomina dawniejsze starania o ukrócenie prostytucji. Dziewczyny przeniosły się do agencji towarzyskich, albo uprawiają samo zatrudnienie przy drogach.
Każdy, kto próbuje ludzkie namiętności ująć w karby prawa niechybnie naraża się na śmieszność.
Dodano: 21 listopad 2009 (Sobota). Autor: mol. Komentarzy: (114)
Opublikowano w Bez kategorii
Tagi: Hazard, jednoręki bandyta, ustawa antyhazardowa