platforma blogowa portalu nowa trybuna opolska

Archiwum: maj 2009

Publiczna Kataryna

Internetowa Kataryna stała się przebojem kampanii wyborczej. Jej niepochlebne opinie na temat obecnego ministra finansów wywołały gwałtowną reakcję jego syna, co z kolei wywołało kłótnię na temat anonimowości w internecie. Bo w dzisiejszych, zglobalizowanych czasach wszystko wiąże się z wszystkim.
Kim jest Kataryna? To pytanie wiąże dziś administratorów portali oraz prawników. Bo jest problem: syn ministra żąda ujawnienia jej danych, zaś admini (to nowa wersja pojęcia redaktorów gazet) tłuma-czą, że byłoby to wbrew zasadom. Zasady internetu są zaś takie, że anonimowość ceniona jest ponad wszystko.
Anonimowość w Internecie jest dowartościowywana przede wszystkim. Stanowi o jego atrakcyjności. Możliwość wypowiadania się w sieci bez podawania nazwiska, adresu, czy choćby danych umożliwiających zlokalizowanie piszącego jest wartością decydującą o tym, że wielu ludzi chce zabierać głosów sprawach publicznych, czy chociażby tych, których publiczność narzucają media.
Czy ta anonimowość jest dobra?
Padałem jej ofiarą, gdy na redakcyjnym blogu, czy na forum, ktoś zechciał wyrazić swą opinię odmienną od mojej. Pokornie znosiłem (i znoszę ) głosy, wedle których – najoględniej mówiąc – nie miałem racji, bądź myliłem się we wnioskach. Internauci – wśród których do-minują ludzie młodzi, przed czterdziestką, rączo wyrażali opinie od-mienne od moich, śmiało lansując tezy, które przy barowym stoliku, jako lajtomtywy dyskusji, byłyby atrakcyjne, jednak w publicznych wypowiedziach nie powinny mieć miejsca. Nie ze względu na cenzurę, ale z szacunku dla obyczajności i poszanowania zasad dyskusji.
Tożsamość Kataryny stała się przedmiotem debaty politycznej, choć ani jej imię nazwisko nie powinno nikogo specjalnie entuzja-zmować: ot, kobieta która sprytnie podszywa się pod zbitkę słów. Jednak Kataryna stała się przedmiotem walki politycznej z udziałem najważniejszych Polsce ugrupowań.
*
Przypuszczam, że w najbliższych latach w polskim interencie za-cznie jednak gościć prawo. Nie powinno być tak, że pod prawem do prywatności będzie ukrywał się człowiek, który powinien jednak po-nosić odpowiedzialność za to co mówi, co pisze, wyraża. Choćby taką polityczną tylko.
*
PO – zdaniem PiS – opowiada bajkę o przeszłości, którą stara się zredagować partia prezesa Kaczyńskiego. Nie zgadza się z tą wersją żadna z partii rządzących ani żadna z partii pozostających w we wła-dzy. Jest to ciekawe zjawisko: oto w polityce pojawiają się ludzie, których znaczenie przekracza ich normalne pozycje: oto są ludzie, którzy więcej znaczą niż wynikałoby to z ich ocen.
Prawdopodobnie PO wygra wybory do europarlamentu. Mimo Ka-taryny, mimo tego, że są zasady tych wyborów jakie są, mimo że nie wybieramy wprost, ale przez lustro partii.
Kataryna stała się przebojem wyborów. Przez to, że nagadała w in-ternecie wiele rzeczy – wielu z nas uznało, że ma rację i że warto jej uwierzyć.
Kimkolwiek jest Kataryna – szefową ważnej instytucji publicznej -czy tylko fiszą gdzieś tam w mniej ważne. Chwała jej: Zmusiła rząd do reakcji.
Premier Donald Tusk powiedział dokąd zmierzamy.

Wiemy więcej, czy mniej?

Nikt i nigdzie nie lubi ministra finansów, co jest naturalne, bo wszyscy najpierw myślimy własnymi kieszeniami, potem dopiero -ewentualnie – w kategoriach ogólniejszych. Ja także, pewnie jak większość, mam więc pretensje do rządu, osobliwie zaś do ministra od pieniędzy, że jakoś wybitnie cherlawo mówi o tym, co nas czeka. I to w dodatku językiem zrozumiałym: czy wzrośnie bezrobocie i o ile? Czy zagrożone są nasze oszczędności, skoro system bankowy się chwieje? Czy w ogóle się chwieje, czy tylko bankowcy zwariowali (wszak nie da się przejść ulicą by nie dostać do ręki ulotki propozycją kredytu). Czy mamy w ogóle jakiś plan wejścia do strefy euro, czy premier wpadł na ten pomysł kilka miesięcy temu przy goleniu w Krynicy? Jeśli plan przychodów budżetowych już w listopadzie uznawany był za kompletnie nierealistyczny, to czy nie należało natychmiast rozpocząć prac nad jego nowelizacją?
Przedsiębiorcy, finansiści czerpią wiedzę o sytuacji finansowej nie z kwiecistych przemówień w parlamencie, z orędzi prezydenta, lecz z innych źródeł, dalece mniej ciekawych, bo cóż porywającego może być statystyce? Tak zwani zwykli ludzie czerpią wiedzę z relacji prasowych, telewizyjnych migawek, czyli streszczeń. Co zatem zwykły człowiek wie o sytuacji gospodarczej? – jest źle, a pewnie będzie jeszcze gorzej! A rząd się leni.
No i są tego skutki. Nie śmiałbym się z takiego: Oto w supermarketach żałoba, bo z ich wyliczeń wynika, że najmniej skore do zakupów stały się ostatnio kobiety w wieku ok. 30 lat. Oczywiście – można supermarketów nie lubić, więc mruknąć: i dobrze im tak, ale to przecież obrazek pewnej tendencji. Optymizm konsumencki zmalał, a psycholodzy alarmują, że perspektywa kryzysu i jego skutków wpędza nas w depresję.
A rząd faktycznie milczy.
Jestem wdzięczny prezydentowi przynajmniej za jedno: ilekroć go widzę przemawiającego, bezwiednie się uśmiecham. I chętnie bym go pochwalił za orędzie, gdyby tylko nie nasycił go w tak nieznośny sposób liczbami, lecz sformułował jakąś przekonującą wizję, lub przynajmniej narobił kłopotu rządowi proponując jakąś wizję państwa, “gry plan” na najbliższych dwadzieścia lat.
Tymczasem cała “operacja orędzie” okazała się dość kaleka w realizacji. PiS (bo wszak prezydent jest tej partii orędownikiem) wydał rywalom z PO przedwyborczą bitwę, którą – jak sądzę – w sensie politycznym zremisował, ale w sensie wiedzy o rzeczywistym stanie gospodarki widowiskowo przegrał. Minister Rostowski rozstrzelał argumentację zawartą w orędziu prezydenta. Kłopot tylko w tym, że przecież większość nie miała szansy wysłuchać jego wywodów, bo około południa ludzie są w pracy. A żadna stacja nie odważy się retransmitować wystąpienia, bo to producenci proszków do prania dyktują warunki programowe, a nie jakieś tam krajowe rady radiofonii i telewizji. Zatem znów cała masa konkretów pójdzie kosmos, a ludzie pozostaną przy swoich zdaniach.
Przy wrażeniu: nadciąga krach, a rząd nic nie robi.
Prezydentowi należy się uznanie, że sprowokował rząd do wreszcie mówienia o konkretach. Ale autor jego orędzia cokolwiek się poplątał, ot, choćby proponując obniżenie podatków przy utrzymaniu skali obecnych wydatków budżetowych: konia z rzędem komuś, kto to rozumie.
PiS wypadł bardzo niezręcznie, próbując zablokować debatę nad orędziem. Jeśli bowiem nawet faktycznie konstytucja nie przewiduje takiej rozmowy, to jednak trudno w tym momencie nie dostrzec, że treść orędzia miała być wedle PiS zwyczajnym arsenałem propagandowych chwytów przedwyborczych.

No i gdzie te afery?

Próbowałem znaleźć w sieci jakąkolwiek informację na temat słynnej ongi afery Żelazo. Chodziło w niej o wysoce podejrzane machinacje dawnej bezpieki, polegające na prowadzeniu nielegalnej działalności handlowej. Nie znalazłem. A pamiętacie państwo aferę FOZZ? Tam z kolei chodziło o dziwaczne machinacje przy skupowaniu naszego zagranicznego zadłużenia. Przewijały się tam nazwiska z pierwszych stron gazet, ale co się ostatecznie okazało – gdzie są ci ludzie, jakie zapadły sądowe rozstrzygnięcia – próżno szukać. Po kilku latach od śmierci Barbary Blidy dopiero okazało się, że prawdopodobnie przynajmniej jeden dokument w sprawie został zwyczajnie sfałszowany. Po kilku latach? Gdy wyjaśnienie tego dramatu za punkt honoru uznawały dwie kolejne rządzące ekipy?! Podobnych przypadków możnaby wyliczyć jeszcze co najmniej dziesięć.
Ktoś normalny, czyli żyjący z dnia na dzień, a nie od jednego wydania gazety do drugiego, nie skaczący po stacjach telewizyjnych w poszukiwaniu serwisów informacyjnych i nie przywiązany do radia gadającego w kółko, więc ktoś taki może odnieść wrażenie, że żyje w świecie nierzeczywistym. Albo dojść do wniosku, że wszystkim rządzi spisek, jakiś układ, któremu czasem machinacje się nie udają, bo wychodzą na jaw, ale szybciutko następuje reakcja i kolejnej aferze ukręca się łeb. Nie założyłbym się przeciwko tezie, że kilka lat temu zwycięstwo wyborcze PiS nie nastąpiło właśnie dlatego. Zmęczenie i dezorientacja zrobiły wtedy swoje.
Jest i inna teoria. Że oto media kreują nierzeczywistość. Nie w imię jakichś ciemnych, podejrzanych interesów różnorodnych grup nacisku, lecz wskutek rynkowego ciśnienia. Pojawienie się w kioskach brukowców wymusiło krzykliwość na wszystkich gazetach. Kto nie ma na pierwszej stronie trupa, afery czy choćby fajnego błędu ortograficznego – może mieć kłopoty ze sprzedażą. Stąd popularność dodatku “gate” w rozmaitych konfiguracjach, czasem aż zabawnych. “Wiśniagate” wyczytałem kiedyś w jednym z lokalnych pism, którego to tytułu autor opisywał nieprawidłowości w skupie.
Konia z rzędem temu, kto jest w stanie wyjaśnić, o co właściwie chodzi w przypadku prezydenta Sopotu. Stawiam flaszkę pożywnej okowity przeciwko gorącemu psu, że “większość ludzi w Polsce” wie tyle, co usłyszało jednym uchem w mediach, czyli że “facet jest zamieszany” w aferę korupcyjną. No a ponieważ w obecnym sezonie politycznym korupcja zniesmacza bardziej niż pedofilia, kierownictwo PO zareagowało normalnie, czyli histerycznie, żądając dymisji prezydenta. Aliści społeczność lokalna, sopocka (peowiacy jak najbardziej) w przeprowadzonym sondażu wysłali moralnych rygorystów z PO na drzewo. 2/3 jest bowiem za tym, by prezydenta zostawić na stolcu, a tylko 1/3 przeciw.
Kwestia – kto rządzi Sopotem pasjonuje mnie równie mocno jak układ sił w parlamencie Gabonu, jednak znów widzę w tej całej sprawie ślady medialnego dymu. No bo jak to sobie wyobrazić, że człowiek teoretycznie umoczony w ciemne machinacje raptem cieszy się tak wielkim poparciem ludzi, których miastem zarządza? Byliżby Sopotczanie aż tak przepełnieni mentalnością niewolniczą, że polubili swego ciemiężcę?
A może jest inaczej? Może nigdy nie było “afery FOZZ” i szeregu innych zdarzeń opisywanych kategoriach szachrajstwa, lecz wzmocnione pogonią za sensacją opisy skutków zwykłego bałaganu, ludzkiej niekompetencji, skutkującej fatalnie, jednak bez ich złej woli?
“Chcieliśmy dobrze, ale wyszło jak zawsze” – to porzekadło zyskało rangę naszej narodowej prawdy. Jest w niej obezwładniający fatalizm, ale też może sporo gorzkiej refleksji.

Geje, Cameron i inni

Coraz częściej mam poczucie bezradności. Oto znany tygodnik drukuje na pierwszej stronie zdjęcie lidera SLD z lekka obnażonym torsem. Jest to zwiastun tekstu, w którym lewica jest przedstawiana jako aliant ruchu gejowskiego w Polsce. Teza przewodnia: partie się “pozycjonują” w ramach kampanii wyborczej do europarlamentu. Wniosek: każdy kogo nie rozśmiesza lider partii zachęcający do siebie nagim torsem w mediach powinien na nas (lewicę) głosować. Na tej samej stronie gazeta pokazuje jednak zdjęcie guru polskiej centrolewicy, byłego premiera Wielkiej Brytanii Tony`ego Blaira, który zechciał był udzielić wywiadu gejowskiemu magazynowi. Onże Blair ma mówić tam, że katolicy chrzanią o swym wstręcie do gejostwa, bo tak naprawdę wcale “nie tkwią w swych głęboko okopanych poglądach”.
O tym, że premier Hiszpanii Zapatero, Barack Obama i premier Japonii są nader tolerancyjni wobec ludzi deklarujących się jako geje (a też opisani na tej samej stronie w owej gazecie) nie muszę już chyba wspominać. Głupota Olejniczaka aż się prosiła o obudowę, która pokazywałaby, że gejostwo zalewa świat i grozi ładowi uświęconemu od czasów Boryny ładowi moralnemu.
Rzecz cała nałożyła się na wizytę w Polsce pana Camerona. Niezorientowanym powiem, że jest on orędownikiem poglądu, że homoseksualiści to pedofile. A przynajmniej bardziej ku temu zboczeniu skłonni niż heretycy (nie mylić z awanturnymi kobietami).
Nastąpiła zabawna zbitka: gdy lider lewicy prężył nagą pierś na okładce tygodnika, lewicowe środowiska protestowały przeciwko tezom Camerona. Gdy prawica wzięła go w obronę, argumentując, że przecież w Polsce uczelnie są po to, by nie było z góry wiadomo, które poglądy są “naukowe”, a które “nienaukowe”, lewica stawała z tezą, że “język nienawiści” wyklucza spór o to. Zupełnie jakby stwierdzenie, że pantofelki są durne, miało dyskwalifikować jego autora.
Ale jeszcze lepszy numer z homoseksualizmem, wolnością słowa, więc prawem dogadania od rzeczy nastąpił w przypadku Uniwersytetu Opolskiego. Ta moja nauczycielka zestrachała się na wieść o tym, że Cameron zamierza wygłosić wykład w jej murach. Czytałem rozmaite opinie na ten temat, wygłaszane przez prominentów mojej umysłowej rodzicielki. I przyznam, że z coraz większym wstydem:
Na mojej Alma Mater nie odbędzie się wykład Camerona, ani nie będą więc rozstrzelane publicznie jego poglądy. Nie będzie żadnej polemiki. Nie będzie starcia racji, wiedzy. Po prostu nie będzie żadnego wykładu, a jeśli, to co najwyżej – zostanie on skryty gdzieś w bardziej niezależnych od uczelni obiektach, lub w ogóle.
Stała się kiedyś słynna moja uczelnia-matka z tego, że jej doktor historii pofologował sobie w temacie, którego rewidowanie jest zagrożone z paragrafu “kłamstwa oświęcimskiego”. (Nawiasem -wymagamy od świata, by nie kojarzyło Oświęcimia z Auschwitz, sami natomiast zapisaliśmy w prawie akurat “kłamstwo oświęcimskie”). Broniłem człowieka, tak jak zawsze będę bronił ludzi próbujących dowieść, że Ziemia jest płaska (towarzystwo gromadzące dowody o tym istnieje oczywiście w Wielkiej Brytanii). Taka moja uroda lub skaza, których jednak nie zamierzam zmienić.
Ale co do jednego jestem pewny: przestanę kupować gazety, na których pierwszych stronach królować będą polityczni, albo inni celebryci. Nie kupię żadnego towaru reklamowanego w głupi, odmóżdżający sposób.
Pójdę na wykład Camerona, ale tylko po to, żeby z niego możliwie demonstracyjnie wyjść. To moja wolność.