platforma blogowa portalu nowa trybuna opolska

Archiwum: 29 kwiecień 2009

Bachorki – rozkoszniaczki

Co w Kancelarii Prezydenta robią ze słynnymi “małpkami”? Poseł Palikot sugeruje, że unicestwia je taśmowo prezydent. W związku z czym stawia pytanie, czy dobrze jest, gdy zwierzchnik naszych sił zbrojnych bywa zamroczony? W odpowiedzi urzędnicy prezydenccy ogródkami forsują tezę, że minister spraw zagranicznych, a może i premier także, sami byli “niedysponowani” gdy podczas szczytu NATO decydowano o obsadzie szefa. Następnie poseł Palikot pije publicznie “małpkę” na happeningu w Lublinie, co ludzie PiS traktują jako jawne natrząsanie się z porządku prawnego RP, po czym odkrywają, że wydatki na małpki Kancelarii Prezydenta to pryszcz w porównaniu z alkoholowymi zamówieniami złożonymi przez MSWiA oraz MSZ, a zatem rewiry w pełni “peowskie”.
No i co na to wszystko powiedzieć?
Prezydenckie “małpki” przypominają mi stary dowcip o człowieku, który za posiadanie sprzętu do destylacji gorzały poprosił, by skazano go także za gwałt, bo sprzęt do tego też ma. Wcale nie intrygują mnie wahania i powody podejrzliwości wobec stanu zdrowia prezydenta zgłaszane przez pana Palikota. Od wielu miesięcy powtarzam, że cała jego działalność wydaje mi się hucpą, choć powody tej hucpy rozumiem, a nawet podzielam. Z nim jest jak z psem, któremu rzuca się patyk do aportu: na logikę to absurdalne zajęcie, ale skoro sprawia przyjemność, to czemu przerywać zabawę?
Tym bardziej, że urząd prezydenta jest Polsce nadymany do nieprawdopodobnych rozmiarów. Sporo lat temu, spacerując Nowym Światem, byłem mimowolnym świadkiem przejazdu Pierwszego Samochodu w Państwie otoczonego kawalerią ochrony. Wałęsa był łaskaw przemieszczać się ze swego pałacu do Urzędu Rady Ministrów, a ta eskapada wywołała paraliż komunikacyjny w centrum stolicy. Widziałem niesmak na twarzach warszawiaków. To przedstawienie było rzeczywiście w złym guście.
Lata później w Opolu daremnie dopytywałem ochroniarza obecnego prezydenta, czemuż to ma tak wielki parasol przy sobie, gdy tymczasem dwóch Predatorów trzymało mnie i wszystkich obecnych na muszce. Wcale nie przesadzam.
Zmierzam do tego, że z jakichś niepojętych powodów władza różnego szczebla zmierza zawsze w stronę obyczaju biznatyjskiego. Powtarzam: nie obchodzi mnie, kto w Kancelarii Prezydenta, z MSWiA czy MSZ wspomaga się ‘małpkami”. Jeśli pomaga mu to w pracy, w koncentracji – jego sprawa. Ale kompletnie nie rozumiem czemu takie zakupy są finansowane z kieszeni podatników. Sam ten pomysł właśnie uważam za żenujący i niegodny. Wysokich urzędników nie stać na zakup “małpki” z własnej kieszeni?
Upowszechnił się jakiś dziwny obyczaj w kręgach władzy. Onegdaj opisywała jego przejawy Julia Pitera, ale wobec fali krytyki, dała sobie chyba z tym spokój. Oto okazywało się na przykład, że wysocy urzędnicy ministerialni płacili służbowymi kartami jak jakieś dorsze czy im podobne rybie paskudztwa, że kupowali sobie za nie kremy do rąk i inne kosmetyki. Powtarzam: państwo od tego nie zbiednieje, a ja nie jestem za tym, by np. prezydent jeździł po stolicy na rowerze – choć ujmy by mu też nie przyniosło, skoro w Skandynawii są to już praktyki zwyczajne.
Drażni mnie jednak ta mentalność charakteryzująca spore kręgi ludzi władzy, a którą nazwałbym syndromem bachorstwa. Funkcje niepostrzeżenie obrastają przywilejami począwszy od coraz bardziej obfite floty samochodów służbowych, po karty kredytowe, darmowe komórki i takież ubezpieczenia. Unikam populizmu, ale coraz częściej mam wrażenie, że jestem rolowany.